Wyjazd naukowy do Syrii
Pokaz zdjęć z wyjazdu
W piątek, 21 listopada 2008 o 16.15 w sali Rady Wydziału (101) odbędzie się oficjalne podsumowanie wyjazdu naukowego do Syrii. W nastrój wprowadzą nas zdjęcia z wyjazdu i opowieści, a także stroje syryjskie i poczęstunek zafundowany
przez Ambasadę Syrii w Polsce. Wśród gości będą m.in. Dziekan Wydziału Inżynierii Lądowej - prof. dr hab. inż. Henryk Zobel oraz konsul ambasady Syrii w Polsce - pan Saker Elmelhem.
Gorąco zapraszamy wszystkich uczestników wyjazdu, wszystkich członków Koła i każdego, kto po prostu chce z razem z nami cieszyć się wspomnieniami. Będzie to również doskonała okazja do rozpoczęcia przygotowań na przyszłoroczną
wyprawę!
Relacja z Syrii na żywo
Zapraszam do relacji na żywo z naszej wyprawy do Syrii. Wszelkie komentarze pisane są na gorąco i w wielkim pośpiechu, bo czasu na wszystko nam mało (przeważnie na kolanie w autobusie) zatem z góry przepraszamy ze wszelki błędy, kiepską
stylistykę i niedociągnięcia.
Ze względu na bardzo ograniczony dostęp do internetu zdjęcia wrzucimy do galerii już po powrocie do kraju, ale już teraz zapraszam "na zaś" do ich obejrzenia. Miłego czytania!
Polecieli:
(19.09.08)
I stało się - jesteśmy już w Budapeszcie, czekamy na samolot do Damaszku. Pierwsza zagraniczna podróż KNBO stała się faktem!
Nie wiadomo jeszcze, czy będziemy mogli na bieżąco opisywać nasze dokonania, ale dołożymy wszelkich starań, aby tak się stało. W każdym razie dziennik wyjazdu będzie
skrupulatnie prowadzony, a całość pojawi się na stronach knbo najpóźniej po naszym powrocie.
Dzień pierwszy: Warszawa - Damaszek:
(19.09.08)
Lecieliśmy przez Budapeszt liniami lotniczymi Malev. Oba loty były opóźnione, na lotnisku węgierskim straszny bałagan, ale ostatecznie dolecieliśmy bez większych komplikacji.
Całkowitą rekompensatę wszelkich niedogodności zapewnił nam widok Syrii z wysokości 8000 metrów. Nie przypomina ona żadnego europejskiego miasta -
tam światła regualrnie ułożonych ulic oraz sygnalizacje na wieżowcach tworzą peweną uporządkowaną strukturę. Tymczasem tutaj praktycznie nie
ma budynków powyżej 5 kondygnacji, drogi ułożone są w ogólnym nieładzie, a każdy budynek ma swoje oświetlenie (w różnych kolorach). Dzięki temu calość wygląda jak morze
nieuporządkowanych błyskotek we wszystkich kolorach tęczy.
Fantastyczne wrażenie robi tez widok oświetlonego wybrzeża - tego opisać się nie da!
Lotnisko w Damaszku nie przypomina znanych nam portów lotniczych. Te kojarzą się zazwyczaj z dbałością o arhcitekturę i starannościa wykończenia. Tutaj
świeżo wybudowana, nieottnkowana ściana ogrodzona taśmą nie jest niczym specjalnym.
Po wyjsciu z lotniska mielismy przed sobą około 30 minutowy dojazd do samego Damaszku - lotnisko znajduje się na przedmieściach - po czym nieco zmęczeni podróżą
znaleźliśmy się w naszym hotelu. . I tu zaskoczenie - spodziewaliśmy się raczej czegoś na kształt większej
lepianki. Hotel "Europa" ani trochę jej nie przypominał - marmury, żyrandole, lokaje - pełna elegancja. Zajechaliśmy do niego ok. 4 nad ranem, więc jedyne,
na co starczyło sił to podział na dwu- i trzyosobowe pokoje i sen.
Dzień drugi: Damaszek:
(20.09.08)
Zaczęło się od śniadania. Nie było łatwo ukryć zakłopotania gdy podano - jak sie później okazało - typowy syryjski zestaw śniadaniowy.
Pita, oliwki i jajko na twardo. Do tego jeden serek topiony i dżemik.
Po chwili namysłu, każdy na swój sposób zaczął składać z otrzymanych części coś, co wyglądało mniej więcej na zdatne
do spożycia. No zajmie nam trochę czasu, nim będziemy się tu czuli jak w domu.
A ponieważ tutejsza flora bakteryjna dla europejczyka może stanowić pewien problem (zupełnie inaczej u siebie jadamy), należy stosować wszelki środki
pomagające żołądkowi w tych ciężkich chwilach. A chyba nie trzeba nikogo przekonować,
że nie ma na to lepszego sposobu niż Coca-Cola i whisky. Zatem po każdym posiłku obowiązkowo lufka trunku zapita Colą i można ruszać na podbój Syrii.
Pierwszym punktem naszej wizyty był bank - trzeba w końcu skądś wziąć te funty syryjskie. Gdy już je posiedliśmy udaliśmy się do Narodowego Muzeum Archeologicznego.
Wystawa była naprawdę niesamowita - trudno sobie wyobrazić
lepsze miejsca na takie muzeum (starożytny Babilon, początki chrześcijaństwa, jeden z głównych ośrodków świata muzułmańskiego). Jeżeli kiedykolwiek będziecie w Damaszku,
musicie tu zajrzeć.
Nie mniejszych wrażeń dostarczyła wizyta w Meczecie Umajjadów - czwarty z najważniejszych na świecie. Olbrzymia powierzchnia wyłożona marmurem, wygrzanym na słońcu,
po którym spacerują setki bosych ludzi. Mieszają się tu modlący
muzułmanie, odpoczywający, niemal "piknikujący" mieszkańcy Damaszku i oczywiście turyści. Do tego wspaniała sala modlitw - tu z kolej cała podłoga wyłożona dywanami.
I znowu powierzchnia, która ciężko ogarnąć wzrokiem . A w środku tego wszystkiego mauzoleum, w
którym przechowywana jest głowa Jana Chrzciciela.
Tak wspaniały dzień trzeba było godnie zakończyć. Zatem nie pozostało nic innego, jak udać się na "Ramadan Dinner".
Na czym polega Ramadan Dinner? Muzułmanie - jak wiadomo - podczas całego miesiąca Ramadan poszczą. Poszczą w nieco innym niż nasz - europejskie - rozumienie tego słowa -
jedzą tylko dwa razy na dobę - suhoor przed świtem i iftar po zachodzie słońca. Jednak jak już jedzą, to jedzą :) Zatem "Ramadan dinner" to zestaw przystawek, zup, dań głównych,
deserów i owoców. Razem ponad 20 dań - gwarantuję
wam, najwięksi twardziele nie dali temu rady. Ostatnim wyzwaniem tego dnia było dojście do hotelu - brzuch na taczkę i jazda. No i oczywiście ratunek dla żołądka...
Dzień trzeci: Damaszek (Bosra):
(21.09.08)
Śniadania nie są tu przesadnio urozmaicone - pita, dżem, serek, masło, jajko, oliwki i herbata. I tak dzień w dzień.
Drugi dzień naszego pobytu to wyprawa na południe od Damaszku - Shahba, Qanawat, Bosra, Ezra. O 11.00 Autobus pełen studentów WIL ruszył spod znakomitego hotelu Europa i
przygoda rozpoczęłą się na dobre.
Na pierwszy ogień poszła Shahba i muzeum mozaiek - 1600 lat temu zasuwali po nich na bosaka starożytni Rzymianie, teraz patrzą na nie (w prawie nienaruszonym stanie)
członkowie KNBO.
Drugi cel wizyty to najlepiej zachowane ruiny, jakie do tej pory większość z nas miała okazję oglądać - świątynia Seraj z VI-V wieku n.e. Całość wykonana z wielkich
głazów bazaltowych połączonych ze sobą bez użycia jakiegokolwiek
spoiwa. W dodatku budowla miała kilkadziesiąd metrów wysokości (a z tego co nam wiadomo, żurawie nie były jeszcze wtedy specjalnie rozpowszechnione).
To, w jaki sposób montowali oni kilkutonowe głazy na kolumnach o wysokości 30 metrów
pozostanie chyba ich słodką tajemnicą.
Dalej była walka z czasem, bowiem koniecznie chcieliśmy obejrzać Bosrę, a ze względu na Ramadan o 16.00 kończą się wizyty turystów. I tu doskonała okazja do poznania
specyfiki ruch drogowego krajów arabskich. Tutaj jedyną zasadą jest
brak zasad. Pasy ruchu nie występują, klakson oznacza nic więcej niż to, że dana jednostka jest akurat w ruchu.
Na skrzyżowaniach o pierwszeństwie przejazdu decyduje prawo silniejszego, a sygnalizacja świetlna traktowana jest jako wskazówka, czy sugestia, do której ewentualnie można
się zastosować.
W każdym razie dojechać na czas się udało (choć okupiliśmy to kilkoma wiadrami stresowego potu). I powiem szczerze - było warto. W Bosrze czekał na nas teatr rzymski
z II wieku p.n.e. na 15 000 widzów. Akustyka tak doskonała, że
profesora Żmijewskiego, który śpiewał cichutko na scenie słychać było głośno i wyraźnie nawet w ostatnich rzędach. Zarówno trybuny, jaki i scena oraz ściany
wykonane były z olbrzymich glazów kamiennych. I znowu zachodzi pytanie -
jakim cudem to powstało. Gdyby chcieć dziś postawić coś takiego - załóżmy nawet, że z żelbetu, to byłoby to bardzo poważne wyzwanie i zajęło pewnie ze trzy lata.
Następnie przemaszerowaliśmy przez ruiny starego miasta, które przeżylo trzy różne cywilizacje - Nabatyńczyków, Rzymian i Arabów. I każda zostawiła to cząstkę siebie.
Ostatni mieszkańcy zostali stąd wysiedlenie niecałe 50 lat temu! A to
i tak tylko za sprawą interwencji rządu syryjskiego, który zapłacił ludziom, aby przenieśli się do nowego miasta.
Całe miasto zasilane było w wodę za pomocą systemu akweduktów, których nie powstydziłby się nawet starożytny Rzym. Dodatkowo zbiornik retencyjny o wymiarach 150x150x12 metrów.
W ogóle większość rzeczy, które mieliśmy okazję tego dnia
obejrzeć zapierało dech w piersiach - zarówno rozmiarami i rozmachem, z jakim zostały wykonane, jak i wiekiem, którym mogły się poszczycić.
Ostatnim przystankiem była Ezra i wspaniały kościół greko-katolicki z V wieku n.e. oraz prawosławny kościół św. Jerzego również z V wieku - najstarsze obiekty pełniące
funkcję sakralną w całej Syrii. Orginalne elementy konstrukcji,
pełne symboli oraz świadectw przeszłości, do tego wspaniałe opowieści miejscowego duchownego oraz śpiewane po arabsku chrześcijańskie błogosławieństwo dla całej naszej grupy.
Między słowami wykład z analizy konstrukcji (pokazano nam
jak starożytni radzili sobie z spękaniami nadproży spowodowanymi np. trzęsieniami ziemi) - chodziło o takie ukierunkowanie strumienia naprężeń, aby rozchodziły się one po
bokach otworów, natomiast nad nim samym były zerowe. No po czymś
takim można spokojnie wracać do Damaszku.
Ale tu nasz dzień się nie kończy - program był tak napięty, że chcąc nie chcąc zachowaliśmy iście ramadanowy post - o suchym pysku od rana do wieczora.
Zatem zaraz po powrocie wszyscy na kebeb. Tu czuliśmy się prawie jak w domu, bo w
Polsce też przyżądzają je arabowie :). Doznania smakowe były zdecydowanie pozytywne, spotęgowane tym, że kosztował on 1,50 zł. W drodze powrotnej część osób napotkała
(zupełnie przypadkowo) bar z nargillą (sziszą).
Przy czem nie należy go kojarzyć ze znanymi nam shisha-barami na tyłach Nowego Światu w Warszawie. Tu taki bar ma kilkdziesiąd stołów, przy każdym zaś z nich siedzą arabaowie
(oczywiście sami mężczyźni - kobietom taka wizyta nawet by
do głowy nie przyszła) i palą sziszę. Między stołami chodzą non-stop kelenrzy, którzy co chwila wymieniają węgielki oraz tytoń, a całość kosztuje zawrotne 5 zł za sztukę
(na 8 osób dwie są w sam raz).
Także wszelkie doznania związane z oglądanymi przez nas miejscami potęgowane są przez obcowanie z tutejszą kulturą. Tu jest tak inaczej, że aż trudno to opisać!
Dzień czwarty: Damaszek - Latakia:
(22.09.08)
Dezynfekcja trwała do późnych godzin nocnych / wczesnych godzin porannych. A na śniadanie na 7.00 trzeba wstać. Dla odmiany dostaliśmy to co zawsze - hurra!
Z zaledwie półgodzinnym poślizgiem udało nam się zapakować z wszystkimi
bagażami do autobusu i wyruszyliśmy, tym razem na północ.
Na początek Maaloula - miasteczko, które istnieje nieprzerwanie od 15 000 lat! Jest to jedyne chrześcijańska miascowość na świecie, w której mówi się po aramejsku
(język ojczysty Jezusa Chrystusa). To miasto było świadkiem pierwszych
dni chrześcijaństwa - to tu np. podróżował św. Paweł po swoim nawróceniu, tu swoją jaskinię miała św. Tekla. Ale po kolei.
Widzieliśmy kościół pw. Świętego Sergiusza z najstarszym ołtarzem chrześcijańskim na świecie. Kształt obiektu był wzorowany na budowlach pogańskich,
bowiem jest to jeden z pierwszych kościołów chrześcijańskich i więc czerpano z takich wzorców jakie były dostępne. Ołtarz jest zupełnie jak pogański -
nie wykonano tylko otworów do odpływu krwi z ofiar. Są tu również polskie ikony przywiezione przez generała Andersa. No i jeszcze jedno rozwiązanie chroniące
przed skutkami trzęsień ziemi - tym razem drewniane wstawki.
Miejsce drugie to wspomniana już grota świętej Tekli - tutaj mieszkała i tutaj znajdują się jej szczątki. W grocie wyrasta bardzo stary daktylowiec korzystający z
wód uzdrawiającego źródełka. Dojście do groty prowadzi przez wąwóz utowrzony
po rozsunięciu się skały na wysokości 30 metrów.
W tym miasteczku odnosi się wrażenie, jakby czas zatrzymał się co najmniej 2000 lat temu. Oprócz starożytnych budowli wspaniały górzysty, półpustynny
krajobraz pełen kamienistych stoków oraz wąwozów. Ładnie!
Absolutnie wspaniałe wrażenie wywarł na nas Krak des Chevaliers - zamek krzyżowców, którego początki sięgają 1031. Jest to najlepiej zachowana forteca krzyżowców
na bliskim wschodzie i przez wielu uważana za najwspanialszą twierdzę
z owych czasów na całym świecie. I musimy tu szczerze przyznać - trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Zamek jest bielutki, wykonano go bowiem z białego kamienia wapiennego.
Usytuwany jest na wzgórzu 750 m n.p.m. i rozciąga się
z niego wspaniały widok na całą okolice - aktualnie znajdują się tu wioski i małe miasteczka syryjskie, wcześniej
wyglądano na nich wrogich oddziałów muzułmanów / mongołów / chrześcijan (w zależności od aktualnej obsady miasta)
Pod względem budownictwa wycieczka była równie udana. Zdumiewała staranność wykonania oraz rozmach, z jakim forteca została zaprojektowana.
Od zewnętrznej strony otoczona jest ponad połkilometrowym murem z licznymi basztami. Wewnętrzny
zamek zawiera zarówno stajnie i pokoje dla żołnierzy jak i łaźnię rzymską, kaplicę i wszystko, co potrzebne przy stałym zamieszkaniu. Staranność wykonania form
(np. przenikanie wieży zamku wewnętrznego z nie-do-końca pionowym murem)
zmuszała do przyznania, iż geometria wykreślna stanowi ważną część wyksztalcenia inżyniera :). W obiekcie nie zabrakło również elementów czysto ozdobnych, zarówno
akcentów chrześcijańskich, jak i muzułmańskich.
Wieczorem dojechaliśmy do Latakii - starożytnej (bo co w Syrii takie nie jest?!) miejscowości położonej nad Morzem Śródziemnym, na przeciwko Cypru. No i dramat się rozpoczął...
W naszej grupie znajduje się 7 (słownie: siedem) kobiet - a co, stać nas. I tu właśnie pies pogrzebany - wizja wyjazdu naukowego została mocno zagrożona i opcja
zrobienia jednego dnia wolnego na rzecz smażenia się na plaży zaczęła
zbierać coraz więcej zwolenników. Sytuacja była już naprawdę poważna i właśnie wtedy po lewej stronie naszego autobusu wyłonił się główny winowajca - morze. I
tu nieoczekiwana zmiana nastrojów. Cały brzeg zastawiony kominami, na
wodzie pełno olbrzymich transportowców a brzeg skalisty i praktycznie bez możliwości zejścia na dół. Ostatecznym rozwiązaniem sytuacji był padający rano deszcz,
który do końca przyćmił pomysły plażowania.
Dzień piąty: Latakia - Aleppo:
(23.09.08)
Dalsza nasza droga prowadziła w stronę granicy z Turcją. Po drodze czekały nas dwa miejsca do zwiedzenia i mnóstwo kilometrów do przejechania.
Pierwszym miejscem był następny wspaniały przykład techniki inżynierskiej w postaci zamku krzyżowców - Kalat Salah ad-Din. Nazwa pochodzi od sułtana Saladyna,
który w 1187 roku odbił zamek z rąk jego twórców i już do końca stał się ona
własnością muzułmanów.
Zamek jest usytuowany na wiapieniach i pokrywa rozległe, wypłaszczony wzgórze. Mury stanowią przedłużenie niemal pionowych, kilkunastometrowych krawędzi wzniesienia.
Wewnątrz obiektu natrafia się na bardzo wiele konstrukcji murowych o
bardzo wysokim stopniu zaawansowania - od stropów krzyżowe na wysokości 15-20 metrów n.p.p., poprzez łuki do rozpiętości ponad kilku metrow, aż do monumetnalych wież oraz
cystern na wodę pitną - oczywiście również murowanych. Doprawdy,
trudno znaleźć lepsze miejsce niż Syria na zapoznanie się ze sztuką wznoszenia konstrukcji murowych, obejrzenia możliwości jakie ona daje oraz zdania sobie sprawy z
wszelkich rzeczy, które należy przy projektowaniu takich konstrukcji
uwzględniać. Tu jest po prostu wszystko w zasięgu ręki - można dokładnie obejrzeć zachowane elementy, dotknąć to, co już uległo zniszczeniu i uświadomić sobie wiele rzeczy,
których z książek się nie wyczyta.
Nie mniej pouczająca była druga nasza wizyta tego dnia - wczesnochrześcijański kościół w Qalb Lohe. Jest to obiekt bardzo podobny do tego, nad którym pracować będziemy w Palmyrze,
tyle, że znacznie lepiej zachowany i już "obrobiony"
przez archelogów.
Konstrukcja zrobiła na wszystkich bez wyjątku olbrzymie wrażenie. Widzieliśmy już do tej pory wiele przykładów doskonałej roboty inżynierskiej i wspaniałych, odbierających
dech w piersiach budowli. Ale
to dopieru tu, po raz pierwszy, tak dobitnie przemówiło do nas jak niesamowicie skomplikowane jest takie przedsięwzięcie. Przecież Ci budowniczowie nie mieli jeszcze pojęcia
o zagadnieniach takich jak analiza konstrukcji czy teoretyczne
podstawy konstrukcji murowych. A pomimo tego potrafili wznieść kopułę o średnicy 13 metrów czy oprzeć olbrzymi dach na filigranowy wyglądających łukach i słupach konstrukcji.
W dodatku nie dysponowali niczym takim jak żuraw, czy
chociaż wyciąg elektryczny.
Wizyta w kościele dała również pokaz stopnia zainteresowania otaczającą nas kulturą. W pewnym momencie, podczas analizowania sposobu wzajemnego położenia kamieni ścian
zewnętrznych ktoś krzyknął, że w zagrodzie obok jest
osioł. Cóż zatem zrobiła grupa przyszłych inżynierów? Oczywiście rzuciła wszystko, skierowała wszystkie aparaty i statywy na sąsiadującą zagrodę i rozpoczęła zabawę z osiołkiem.
Ten nie był dłużny i odwzajemnił się machaniem uszami i
donośnym rykiem. Na tę okoliczność przybiegły do nas również okoliczne dzieci koniecznie chcące mieć z nami zdjęcie. A po chwili do kościółka wszedł gospodarz obiektu
i poczęstował wszystkich herbatą. Nim doszlismy do autobusu stało
przy nim z pół wioski chcących nam coś sprzedać, pogadać lub chociaż postać obok. I tak oto osiołek stał się spoiwem dwóch, wydawałoby się wielce różniących się, kultur.
I kolejny zderzenie z rzeczywistością pod względem finansowym. O drugiej w nocy (jakoś tak wyszło) droga taksówką na odległość kilku kilometrów wyniosła nas po, tu ru dum, 35 groszy za
osobę. Oczywiście, że i tak się targowaliśmy - o
kolejne 5 groszy :).
Dzień szósty: Aleppo:
(24.09.08)
To był dzień umiarkowanego odpoczynku - nie jechaliśmy nigdzie autobusem, chodziliśmy grupkami i oglądaliśmy konstrukcje znajdujące się wewnątrz miasta. Nie oznacza to w żaden sposób, że zeszliśmy z jakości pod względem naukowym.
Wizyta w Cytadeli dała nam więcej, niż byliśmy w stanie przewidzieć (oczywiście, że chodzi mi o walory edukacyjne).
Jest ona umiejscowiona na wzniesieniu wapiennym (a to niespodzianka) i króluje nad całym (aktualnie 2,8 miliona mieszkańców) miastem. Największe wrażenie wywiera spacer po murach dookoła całego kompleksu. Wnętrze jest niestety w dużej
części zniszczonę (raczej czasem niż orężem - Cytadela nigdy nie została przez nikogo podbita). Zwracają natomiast uwagę konstrukcje takie jak łaźnie w centrum Cytadeli oraz liczne baszty na jej obrzeżach. Całość oczywiście jest
konstrukcją murową z wszelkimi tego konsekwencjami (stropy, łuki, wszystko co cieszy oko).
Do środka prowadzi tylko jedna droga (od strony południowej) będąca zarazem mostem nad okalającą most fosą. Wysokość murowanych kolumn, na których most jest usytuowana zasługuję na uznanie - 30 metrów wysokości wykończone łukami - robi
wrażenie. Ale z drugiej strony jeszcze nie spotkaliśmy się tu z konstrukcją murową, o której powiedzilibyśmy, że jest kiepawa. Więc generalnie nuda - wszystko imponuje i zdumiewa, nic się nie zmienia :).
W okolicach Cytadeli biegało bardzo wiele dzieci, którym rozpoczął się już rok szkolny i po zajęciach grają na wszystkich okolicznych placach w piłkę. Dla nich taka grupka Polaków, to całkiem spora zabawa. Jest szansa do pochwalenia
się wszystkimi pięcioma słowami znanymi po angielsku. Andzia przeżyła następującą sytuację:
Dziecko: Do you speek english?
Adzia: Yes.
Dziecko (z wystawioną raczką): Money money money.
Natomiast w "Sukach" (bazarach syryjskich) znajomość języków jest na znacznie wyższym poziomie. Z zapamiętanych wypowiedzi:
1: I love Doda.
2: Lubię Brodkę.
3. Kocham Cię bardzo.
4. Dzień dobry, Warszawa, Kraków, Poznań - come, sir, come.
5. Come sir, special price, only for you my friend, one hundred (z towar warty najwyżej 20)
A było tego jeszcze sporo więcej.
Dzień siódmy: Aleppo:
(25.09.08)
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od Muzeum Narodowego w Aleppo. Jest tam zgromadzona znaczna liczba eksponatów archeologicznych z wykopalisk z całej Syrii.
Mieliśmy zatem okazję obejrzeć m.in. znaleziska z Hawarte, Palmyty, Ain Dara i wielu
innych miejsc.
Zwiedzanie muzeów syryjskich wygląda nieco inaczej, niż np. w Europie. Tam każda tabliczka czy waza jest zamknięta w gablocie, chroniona alarmem i wszędzie są osoby pilnujące,
aby nikt niczego nie dotykał.Tutaj (po części ze względu na
zasobność terenów, po części ze względu na mniejszą troskę o trwałośc pozostałości) wszystko można wziąć do ręki i obejrzeć dokładnie. Wrażenie potęguje liczba obiektów,
które są wystawione, ale cóż się dziwić - w tym kraju leży do
dosłownie na ziemi, wystarczy się schylić i podnieść.
Podbudowani tym doświadczeniem pojechaliśmy odwiedzić dwa miejsca - Kalat Semaan (Klasztor Szymona Słupnika) oraz świątynię Ain Dara
Klasztor św. Szymona Słupnika okalał słup, na którym przez 43 lata pustelnik spędzał swój żywot. Przepych oraz rozmiary budowli świadczą o wkładzie Państwa Bizantyjskiego
w tworzenie tego miejsca (w owym czasie często ogłaszano
odłamy chrześcijaństwa jako herezje, w tym jednak wypadku zainteresowanie ludzi było tak duże, że władze kościelne postanowiły nie tworzyć zalążka konfliktów i uznały
świętość Szymona i wzięły udział w finansowaniu budowy klasztoru).
Po słupie pozostał się tylko postument, natomiast otaczające go konstrukcje zachowały się w bardzo dobrym stanie. Dzięki temu mieliśmy kolejną okazję wzruszyć się nad kunsztem
budownictwa sakralnego dawnych czasów (końcówka IV wieku
n.e.). Szczególne uznanie należy się łukom wzniosionym na 25 metrowych słupach dookoła słupa św. Szymona. Wspierał się na nich dach, który niestety nie dotrwał do naszych czasów
(był drewniany). Klasztor szybko przerodził się w cały
kompleks kulturalno-religijny-użytkowy, w związku z czym nie zabrakło takich miejsc jak łaźnie, cmentarz, gaj oliwny, mur okalający oraz wieża. Wszelkie budowle,
dla odmiany, kamienne.
Następnie zwiedziliśmy świątynię w Ain Dara - powstała ona w X wieku p.n.e. a czczono w niej kult boga Baala. Mury konstrukcji uległu już co prawda w znacznym
stopniu zniszczeniu, nie mniej jednak caly czas bardzo wyraźnie widać zarys
calej konstrukcji, jak również elementy, z których była wykonana (bazaltowe bloki kamienne). Usytuowana na wzgórzu (co dodatkowo utrudniało budowę) świątynia nie pełniła
nigdy funkcji obronnej, natomiast przed długi czas byla bardzo
waznym ośrodkiem religijnym dla całego regionu.
Nie znajdzie się tutaj przykładów takiej sztuki jak w przypadku budowli kamiennych z naszej ery, jednak tworzenie obiektów z tak okazałych bloków również wymagało
wielkiego wysiłku oraz wiedzy (zwłaszcza, że budowa przypada na mniej więcej
1500 lat wcześniej, niż większość oglądanych przez nas obiektów).
Wieczór natomiast spędziliśmy na celebrowaniu zielonej nocy w Aleppo. Był więc czas na ostatnie zakupy na sukach, wizyty w okolicznych knajpach, spacerze po dzielnicy
chrześcijańskiej. Najwięcej radości dostarczały chyba jednak zakupy
w sukach.
Kupić można tu wszystko - od suszonych owoców i kawy, poprzez arafatki i tradycyjne stroje tutejszych ludzi, aż po koła do traktorów i alufelgi. Wszystkie stoiska wymieszane
w zadaszonych "korytarzach" - coś na kształt Sukiennic,
jednak w nieprównywalnie większym wymiarze. Kupowanie bez targowania jest tutaj nierozsądne nie tylko ze względów czysto ekonomicznych, ale również nie leży do dobrym tonie.
Sprzedawca może poczuć się obrażony, że nie chce się z nim
dobić targu. Uparte negocjacje ceny świadczą o tym, że towar podoba nam sie i zależy nam na jego nabyciu.
Natomiast po zakupach i tradycyjnym już dla nas odkażaniu (trzeba będzie się odzwyczaić po powrocie, ech) pozostaje spacer po mieście do hotelu. A miasto w okolicach 3 w
nocy przeżywa swój prawdziwy rozkwit w okresie ramadanu, bowiem
po całym dniu poszczenia (czyli w dużej mierze spania) dla Arabów nadchodzi czas na spotkania, zabawę oraz jedzenie. Zatem ok. 23 otwierają się wszystkie zamknięte przez
cały dzień lokale a uliczki zapełniają się tysiącami muzułmanów
(i nie tylko). Zabawę przerywa śpiew z minaretów, który obwieszcza wschód słońca i rozpoczęcie całodniowego postu. Rozlega się on zresztą w całym mieście regularnie
co jakiś czas nawołując do modlitwy - jak w baśni z tysiąca i jednej
nocy.
Dzień ośmy: Aleppo - Hama:
(26.09.08)
Bladym świtem (o 8.00) wyprawiliśmy się w dalszą drogę. Wstać nie było łatwo, czasami wręcz było to niemożliwe (bo żeby wstać, trzeba by się wcześniej położyć),
ale czego się nie robi dla możliwości zgłębienia historii konstrukcji
murowych? Zatem po gromkim okrzyku: "Hej ho, KNBO!" (autorstwa naszej kołowej poetki Ańdzi) ruszyliśmy dalej.
Zaczęliśmy od Ebli - miasta założonego ok. 3000 lat p.n.e., które było jednym z ważniejszych centrów handlu i kultury tamtych czasów. To, co poza wiekiem, czyni je wyjątkowym
to znalezisko, którego na jego terenie dokonali włoscy
archeolodzy - ponad 17 000 glinianych tabliczek zapisanych pismem klinowym. Były wśród nich zarówno listy dyplomatyczne i urzędowe, jak i kroniki oraz spisane dzieje miasta.
Obecnie na terenie Ebli cały czas pracują archoelodzy - niestety wszelkie konstrukcje były wzniesione z gliny, w związku z czym niewiele z nich dotrwało do dzisiejszego dnia.
Staraniem pracujących tam ludzi wiele obiektów jest teraz
rekonstruowana z oryginalnego surowca. Można również próbować odtworzyć myślowo układ murów obronnych oraz umiejscowienie poszczególnych budynków.
Jeszcze przed przyjazdem do Hamy zajechaliśmy do muzeum mozaiek Maarat al-Numan. Zgormadzono tam liczne eksponaty z pobliskich kościołów oraz willi - zarówno posadzkowe
jak i dekoracje ścian. Rozmiary oraz staranność wykonania były
naprawdę godne podziwu.
Wieczór w Hamie był nie mniej ciekawy niż podróż. Co prawda muzeum było już zamknięte, a drewniane koła o średnicy do 18,5 metra nie działały ze względu na brak wody...
Ale nie poddaliśmy się - wypad na miasto musi być.
Sytuacja taka sama, jak w każdym mieście - ze względu na rammadan ulice świecą pustkami między zachodem słońca a 22-23 (bo wszyscy jedzą iftar), natomiast potem wszyscy
wypływają na ulicę, otwierają się przydrożne barki, wszystkie
sklepy i rozrywki. Do wschodu słońca impreza na całego.
Przy okazji udaliśmy się na Cytadelę. Po kilko-minutowej wspinaczce znaleźliśmy się w sytuacji mniej więcej takiej jak w kultowym polskim filmie:
"Bunkrów nie ma, ale i tak jest ...", bowiem zamiast budowli warownych znaleźliśmy plac
zabaw wypełniony arabskimi dzieciaczkami. Pobujaliśmy się trochę na huśtawkach i polecieliśmy dalej.
Już przy samym hotelu podszedł do nas jakiś Syryjczyk i z bardzo dobrym polskim akcentem zagadał: "Jak się macie?" Okazało się, że to swój człowiek -
studiował drogownictwo i mostownictwo na politechnice w Poznaniu. Przez te 6 lat bardzo
dobrze zdążył się nauczyć naszego języka. Tak się ucieszył tym spotkaniem, że zaprosił nas do siebie na herbatkę. Siedzieliśmy w 8 osób do drugiej w nocy
- miał w szafie większość książek, z których korzystamy do dziś, miał też kilka
absolutnych hitów, np. podręcznik do AutoCad'a 14 po arabsku - dziesięć minut nie mogliśmy wyjść z podziwu.
Rozmowy przeciągały się do późnych godzin wieczornych - my dowiedzieliśmy się jak żyje się inżynierowi w Syrii, jakie napotyka problemy,
co dokładnie znaczy napotykane na każdym kroku "jalla!", oraz dlaczego na ulicach jest tak mało psów (dociekliwość studentów PW nie zna granic:), a Pan Hisham
wypytał nas o to co zmieniło się w Polsce od czasów jego studiów. A jako, że zmieniło się wiele, rozmowom nie było końca.
Powiedział nam także, że zastanawia się nad podróżą do Polski, którą mile wspomina. Liczymy, że skorzysta z naszego zaproszenia i nie dość, że odwiedzi Warszawę,
to wygłosi także prelekcję dot. budownictwa syryjskiego specjalnie dla Członków KNBO! Panie Hishamie - zapraszamy!
Dzień dziewiąty Hama - Palmyra:
(27.09.08)
Wczoraj było zamknięte, więc poszliśmy do muzeum dzisiaj. Był to typowy arabski dom - pomieszczenie zachowane z orginalnym układem sprzed lat. W kilku z nich
znajdowały sie manekiny dawnych lokatrów pomagające w interpretacji
funkcji pomieszczenia.
Następnie odwiedziliśmy kolejne muzeum mozaiek. Wrażenia nie mniejsze niż poprzednim razem.
Dalsza część dnia dostarczyła niezapomnianych przeżyć. Najpierw pojechaliśmy do malutkiej beduińskiej wioski. Domy wyglądające jak murowane namioty - prostopadłościan
z jednym otworem, kozy i osiołki biegające pomiędzy nimi i dzieci
tańczące przy nas (dla nich to my byliśmy atrakcją). Potem spacer, pięć minut pod górkę i dochodzimy do dołu zakrytego blachami faldowymi. I tutaj wszyscy zamarli.
Staliśmy nad mitreum - tym samym, o którym opowiadał prof.
Gawlikowski (relacja z wykładu
tutaj). Powstało ono ok. 2 wieku p.n.e.. Po przyjściu chrześcijan zostało "oczyszczone" i zbudowano na nim świątynię
chrześcijańską. Odkrycie mitreum zawdzięczemy przypadkowi -
w pewnym etapie prac archeologicznych nad świątynią zawalił się strop. Właśnie wtedy wezwany został prof. Gawlikowski i dokonał odkrycia mitreum.
W podziemiach znaleść można doskonale zachowane freski oraz elemnenty świadczące o kulcie
boga Mitry. Do tego w wielu miejscach widoczne dosyć dobrze zachowane konstrukcje ścian. Ta wizyta zrobiła na nas wielkie wrażenie.
NAstępnie odwiedziliśmy położoną nieopodal Apameę. Znajduje się tamnajlepiej zachowana droga rzymska wraz z otaczającą ją kolumnadą. Przez pewien moment mieliśmy wrażenie,
jakbyśmy byli pod samym Rzymem. Kolumny po lewej i prawej w rozstawie ok. 10 metrów
i wysokości ponad 30 metrów. Spacer tą brukowaną drogą siłą rzeczy przenosił 2000 lat wstecz. Nawet ciężko podejmować się opisów - zapraszam do galerii po naszym powrocie.
W momencie, kiedy powstaje ten opis jedziemy autobusem do Palmyry. Droga prowadzi przez pustynię a wkoło szaleje burza piaskowa. Widoczność przez przednią szybę dochodzi
do 10 metrów, ale naszego kierowcy
to nie przeraża - grzeje 60 km/h i z zadziwiającą pewnością siebie trzyma się asfaltu (z rzadka wyłaniającego się spod nawianego piasku).
Nam pozostaje co najwyżej wiara w jego umiejetności. Jo Allach!
Dzień dziesiąty: Palmyra:
(28.09.08)
Jednak udało się dojechać - choć nie było lekko. Na miejscu przygody ciąg dalszy. Okazało się, że o podjęcie nas kłóci się ze sobą dwóch kuzynów
(jeden był właścicielem hotelu, drugi restauracji w której mielismy jeść). Dla nas nie było
problemu, bowiem cena i tak obejmowała zarówno nocleg, jak i wyżywienie, ale panowie mieli ciężki dylemat jak podzielić się prowizjami. Dwie ścierające się opcje:
pan w niebieskim dresie (restauracja) i pan w czerwonej koszulce (hotel)
dostarczyły nam rozywki na dobrą godzinę. Chociaż chwilami robiło się naprawdę gorąco, o mały włoś, a doszłoby tu do rękoczynów. Cała ta historia to kolejny krok
do poznania kultury i zwyczajów tu panujących. Bowiem tak naprawdę
obaj panowie bardzo się lubią i są ze sobą zgodni, ale jeżeli nadaża się okazja, żeby się pokłócić, to dlaczego by z niej nie skorzystać?
Tym razem czekała nas wycieczka aż pod granicę z Irakiem (byliśmy juz obok granicy z Jordanią - Bosra, a także Turcją - Aleppo).
Jeszcze w drodze odwiedziliśmy znakomite muzeum przedstawiające dzieje ludzi na terenach Syrii i okolic od najstarszych znanych przez nas, aż do współczesności.
Ekspozycje były bardzo bogato urządzone oraz posiadały wspaniałe,
rozbudowane opisy.
Następnie pojechaliśmy nad Eufrat i złożyliśmy wizytę w królestwie Hammurabiego. Zostało z niego niestety niewiele (tamtejsze budownictwo wykorzystywało materiały
opartę głównie na glinie oraz słomie) nie mniej jednak wykopy oraz praca
archeologów odsłoniły przynajmniej skrawek z tego wspaniałego miasta. Do tej pory wiele zagadek pozostaje niewyjaśnionych (np. jak przykryto za pomocą belek drewnianych
stropy o rozpiętości powyżej 7 metrów nie znając kratownic),
pozostaje także zdumienie - całe miasto powstało wyłącznie w oparciu o doświadczenie oraz intuicję budowniczych, a jednak było bardzo porządne i okazałe.
Wielkie komnaty, umocnienia, sale spotkań - wszystko wykonane w harmonii oraz z
pełną swobodą.
"Gwoździem programu" były jednak ruiny starożytnego miasta Dura Europos. Sceneria tego miejsca jest zniewalająca - skraj pustynnego pustkowia styka się z zieloną
i pełną życia doliną Eufratu. Nad brzegiem, na skarpie usytuowane miasto o
powierzchni ok. 80 ha otoczone murami obronnymi. Pomiędzy nim a rzeką rozciągają się teraz pola z uprawą bawełny - bajkowo. Widok z murów na przełom rzeki jest naprawdę cudowny.
Pokusa kąpieli w rzece, nad którą powstawały pierwsze
cywilizacje okazała się dla niektórych nie do odparcia. W końcu kąpiel w rzece po dwóch dniach na pustyni to nie byle co!
Samych budowli nie zachowało się zbyt wiele. Prowadzone prace archeologiczne odkrywają coraz to nowe obiekty, jednak obejrzenie ich wszystkich zajęłoby co najmniej cały dzień,
ze względu na olbrzymią powierzchnię. W mieście zdumiewa
rownież jego odległość od dworu, który nim zarządzał (królowa Zenobia stacjonowała w Palmyrze oddalonej o ok 250 km).
Wieczór upłynął na dalszej walce frakcji pana w niebieskim dresie i pana w czerwonej koszulce - ileż z nimi radości :). Pozostało zatem już tylko rytualne odkażanie
(Ci, którzy zaniedbali tego w ostatnich dniach dotkliwie odczuli skutki
swego niemądrego zachowania, więc tym razem już wszyscy bez wyjątków przystąpili do "kuracji").
Dzień jedenasty: Palmyra:
(29.09.08)
Dzisiaj obejrzeliśmy jedne z najwspanialszych i najlepiej zachowanych pozostałości starożytnego miasta jakie istnieją na świecie. Z całym szacunkiem dla kultury hellenistycznej
Palmyra biję pozostałości w Grecji na głowę. Ponad
kilometrowej długości kolumnada otaczająca drogę, pozostałości kościołów, świątyń, synagog, bibliotek, największa znaleziona mozaika (18,5m x 9m), wieże grobowe
(w każdej znajdował się pochówek nawet dla 300 osób). Do tego monumentalna
świątenia Baala, zachowana w doskonałym stanie z wspaniałymi, okazałymi kolumnami. Do tej pory wiele z nas takie widoki kojarzyła wyłącznie z pozostałościami greckimi.
Teraz jednak ciężej będzie nas już zaskoczyć. Po raz kolejny
przekonaliśmy się, że na poznawanie historii konstrukcji murowych trudno było by znaleźć lepsze miejsce!
Nad całą okolicą góruje cytadela - wzniesiona na pobliskim wzgórzu, otoczona ze wszystkich stron pustynią. Roztacza się z niej widok na całą okolicę w skład którego wchodzą
pustynia, miasto starożytne, miasto dzisiejsze, oaza.
Warto było się wspinać przez pół godziny w pełnym słońcu!
To, co w dzisiejszym wyjściu było najważniejsze, to pierwsze spojrzenie na ruiny wczesnochrześcijańskiem bazyliki, której inwentaryzację jutro zaczynamy.
Wstępne oględziny wskazują, że czeka nas sporo pracy, ale obiekt jest tego warty.
Zachowało się z niego wiele istotnych i rzadko spotykany elementów. Jednocześnie archeolodzy pracowali tu od bardzo niedawna i większość jest jeszcze w stanie takim,
w jakim została znaleziona. Dopiero po dłuższych oględzinach wyłania
się z tej kupy kamieni obraz wspaniałej bazyliki, która w II w n.e. powstała w tym miejscu. Mamy nadzieję, że po dokładnym pomierzeniu i wyrysowaniu zastanego stanu
będziemy mogli wysunąć dalej idące wnioski.
Plany mamy ambitne - dokonanie rewitalizacji takiego obiektu, przy współpracy archeologów oraz z wykorzystaniem modelowania 3D daje nadzieję na okazałe efekty naszej pracy!
Jutro do rana praca. Ponieważ klimat pustynny nie jest najlepszym naszym sprzymierzeńcem musimy podjąć wszelkie kroki, aby uciec przed temperaturą. Dlatego śniadanie
zamówiliśmy na 5.00 rano i od razu potem idziemy na teren działań.
Trzymajcie za nas kciuki - przyda się!
Dzień dwunasty: Palmyra:
(30.09.08)
Mimo, iż wymagało to niemal nadludzkiego wysyłku, stawiliśmy się na śniadaniu o umowionej porze. Niektórzy śmiałkowie wzieli nawet rano prysznic,
co ze względu na trzyosobowe pokoje i kolejkę do łazienki wiązało się z pobudką pierwszej osoby około godziny czwartej. Wyczyn godny zapisania w annałach, niechaj
zatem nie zostanie pominięty w naszych relacjach :)
Dzień wyglądał zatem tak, jakbyśmy zupełnie już przeszli na system "ramadanowy", bowiem obiad zamówiliśmy na 19.00, a zatem już po zachodzie słońca. Posileni śniadaniem,
pełni radości, zapału oraz wyposarzeni w przyrządy pomiarowe poszliśmy do naszej świątyni.
Jak zawsze, najtrudniej było zacząć - założenie poligonu, podział na sektory i ustalenie tego, które kamienie mierzymy, które nanosimy tylko schematycznie, a które pomijamy
w ogóle. Zadanie utrudnione o tyle, że nie byliśmy do końca
pewni jakie informacje są najważniejsze dla archeologów, którzy będą na naszym opracowaniu pracować. Ostatecznie (zgodnie z radę mgra Terlikowskiego) tworzyliśmy szkice w
skali 1:50 na papierze milimetrowym z dokładnymi pomiarami tych
kamieni, które mogły być w przeszłości jakimś elementem obiektu. Okazało się, że w cale nie jest to taka łatwa robota, a i liczba kamieni nie taka mała.
Całe szczęście, że "pomiarowi" to też nieprzypadkowe osoby, praktyki geodezyjne
jednak nie poszły w las :).
Ok. 13 zrobiło się już tak gorąco, że nie było możliwości pracy w terenie, zatem udaliśmy się na krótki spoczynek, aby wrócić, gdy temperatura znowu trochę spadnie.
Zatem po dwugodzinnej drzemce wyruszyliśmy raz jeszcze. I tu
niespodzianka - na miejscu czekał na nas burza piaskowa. Może nie tak intensywna, jak ta sprzed trzech dni (z podróży do Palmyry), ale wrażenia i pamięć o pracy
na pustyni podczas burzy piaskowej pozostaną z nami na długo.
Pomimo niesprzyjających warunków do wieczora mieliśmy już pomierzoną większość kamieni, a nawet rozpoczeliśmy pierwsze rysunki. Wszystko zapowiada się dobrze -
jest duża szansa, że prace uda się skończyć na czas.
Wieczorem wszyscy odczuli trudy całodniowej pracy, więc tańców do białego rana nie było, zwłaszcze, że śniadania umówione zostało na 6.00 rano.
Dzień trzynasty: Palmyra:
(01.10.08)
My co prawda nie świętowaliśmy, ale całe miasto szalało, bowiem wczoraj skończył się ramadan. Od dziś muzułmanie w Syrii mogą jeść i pić przez cały dzień, tańczyć, śpiewać,
bawić się i używać do woli. Z minaretów od rana śpiewane były
radosne pieśni (podejrzewamy, że radosne, bo za dużo po arabsku nie rozumiemy jeszcze) a ludzie chodzili jeszcze bardziej uśmiechnięci niż zawsze.
Nam natomiast zostało jeszcze sporo pracy do zrobienia.
Ponieważ większość rzeczy była już pomierzona, nie było sensu, żebyśmy wszyscy szli na pustynię. W hotelu, przy trzech laptopach rozpoczęło się wielkie przerysowywanie kamieni.
Po wypracowaniu optymalnej technologii (z użyciem m.in.
zdjęć wykonanych szkiców) rysowanie przyspieszyło jeszcze bardziej i z każdą chwilą nanoszone dane coraz bardziej przypominały pozostałości po wczesnochrześcijańskiej bazylice.
W terenie natomiast została jeszcze do domierzenie droga
przed wejściem do świątyni wraz z dużą liczbą poprzewracanych kolumn. Do południa wszystko było skończone.
Ponieważ laptopy były tylko trzy, zatem sporo osób musiało na własną rękę zagospodarować swój wolny czas. Koncepcji było wiele (odwiedzanie grobowców, wycieczka na cytadelę,
sen) ale bezspornie największą popularność zyskało wygrzewanie
się w pustynnym słońcu. Filtry 20 i 40 (bo mniejsze to czyste szaleństwo), kocyk i stadko wielorybów zaległo w starożytnym mieście Palmyra.
Przyznam szczerze, że opalanie wśród kamiennych murów, ścian i kolumn jest całkiem przyjmne.
Nie zabrakło również chętnych na spacer po oazie wśród palm daktylowych. Podobno każdy mieszkaniec Palmyry ma do swojej dyspozycji działkę w oazie
(samo miasto jest położone obok niej). Działki te są
po prostu wydzielone murkiem z cegly mułowej. Nic się na niech nie uprawia, nie ma tam domków czy ścieżek. Właściwie nawet nie wiadomo, czy spędzają tam oni czas wolny
- ważne, że w razie czego mają swój kawałek oazy. Z oazy szybkim
krokiem do hotelu, bo na 17.00 zakontraktowany mieliśmy mecz w piłkę nożną z miejscowymi...
Byliśmy nieco zaskoczeni, gdy zamiast spodziewanych małych chłopców zobaczyliśmy dwa przygotowane do gry składy w strojach ich klubu piłkarskiego. Wygrać nam się nie udało,
dlatego teraz przedstawię
kilka przysłowiowych "rąbków u spódnicy" :):
- Boisko było zgodne z warunkami Palmyry - piaskowo kamienne. W naszym obuwiu, po zdecydowaniu się na bieg w pewnym kierunku nie było możliwości jego zmiany
(kilka prób skończyło się kupą dymu i wywrotką). Oni byli w korkach.
- Zabiegali nas - po przerwie wprowadzili drugi skład, ze starego zostały 3 osoby.
- Przez połowę pierwszej połowy grali z przewagą 11:9 (część osób szukała w tym czasie boiska :))
- Zupa była za słona, a piłka kwadratowa.
W związku z powyższym porażkę 2:4 uważamy za nasz sukces :)! Nic się nie stało, już za cztery lata... :)
Dzień czternasty: Palmyra:
(02.10.08)
Nad ranem (ha ha, ranem - śniadanie o 9.00) rozpoczęliśmy wykańczanie rysunków. Większość już była zrobiona, ale zostało jeszcze parę poprawek oraz scalenie
wszystkiego w jeden dokument. Wszystko to przeplatane rozrywkami analogicznymi
jak wczoraj (z wyjątkiem meczu).
Ostatniej nocy działo się w Palmyrze niemało. Po ramadanie jest zawsze kilkudniowe święto, w ramach którego odbył się w tym roku festiwal w ruinach starożytnego miasta,
m.in. w starożytnym teatrze. Wszystkie widowiska były okraszone
doskonałą grą świateł oraz miejscowymi atrakcjami (np. pokazy wielbłądów).
Część osób postanowiła jednak spędzieć tę zieloną noc nieco inaczej - na wynajętych wielbłądach pojechaliśmy razem z beduinami do ich namiotów ustawionych na pustyni.
Już sama podróż dostarczyła niemało wrażeń - wielbłądy to stworzenia
niesamowite. Ponieważ muszą prowadzić bardzo oszczędną gospodarkę energii ograniczają ruchy do niezbędnego minimum, łącznie w grymasami twarzy. Nie odczyta się z nich
żadnego wyrazu niezależnie od tego, czy stworzenie leży, przerzuwa
czy też jest obładowane bagażami. Poruszają się również przedziwnie, dosyć wspomnieć, że mają po dwa kolana na tylnych nogach i dodatkowe niby-nożki za przednimi nogami
, które służą tyko do leżenia na nich. Okazuje się jednak, że
nie są takie nieporadne, na jakie wyglądają - potrafią się rozpędzić do 40 km/h!
Kolacja i noc w namiocie beduińskim to również wspomnienia, które zostają na długo (zwłaszcza ciągłe myślenie o grasujących w okolich skorpionach i wężach).
Do tego cudownie rozgwieżdżone niebo i widoczne w oddali światła z festiwalu
w Palmyrze. Pod gołym niebem było trochę chłodno, ale nocleg w namiocie też miał swój urok.
Dzień piętnasty: Palmyra - Damaszek - Warszawa:
(03.10.08)
Udało się - projekt zakończony sukcesem! Oto owoc naszej ciężkiej pracy -
plan bazyliki.
Na pierwszy rzut oka widoczna jest na nim bezładna kupa
kamieni, ale po dłuższej kontemplacji można łatwo wyznaczyć absydę, nawy boczne, wejście i wszelkie charaktrystyczne punkty.
Teraz czekamy jakie wnioski uda się naszej pracy wyciągnąć archeologom (którzy zaczęli się zjeżdżać do Palmyry
w dniu naszego wyjazdu). Mamy nadzieję, że uda się pociągnąć ten projekt dalej - np. stworzyć model 3D.
O 12.00 podjechał po nas, nazwijmy to umownie, autobus. Tym razem standard był już syryjski - z walizkami na podłodze (służącymi częściowo jako siedzenia), upchani jak
kurczaki pojechaliśmy do Damaszku (ledwie 250 km :)).
Tutaj część osób wysiadła na ostatnie zakupy i pożegnanie z miastem, część pojechała od razu na lotnisko. Samolot startował o 4.10, odprawa przebiegła wyjątkowo (jak na Syrię)
spokojnie i po 5 godzinach (z przesiadką w Budapeszcie)
byliśmy już na Okęciu w Warszawie. Wreszcie w domu!
Pierwsza zagraniczna wyprawa KNBO dobiegła końca - teraz czas na wnioski z wyjazdu i przekazanie naszych wspomnień i zdobytych informacji wszystkim zainteresowanym.
No i oczywiście czas rozpocząć przygotowania do następnej wyprawy!